autorka bloga:
Agata Ziółkiewicz


kontakt piece_of_glass(at)gazeta.pl





follow on Bloglovin

Follow i_like_design's board photo on Pinterest.


Zawartość bloga: notki, wybór tematów, zdjęć jest moim wyborem i jako takie moim dziełem. Nie mam praw do zdjęć umieszczanych na blogu, ale zawsze wskazuję autora lub stronę pochodzenia.

Blog chroniony jest prawem autorskim.
Nie zgadzam się na kopiowanie i wykorzystywanie bloga
w internecie lub publikacjach drukowanych bez mojej zgody.
(Ustawa z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Note.
I do not have any rights to the photos featured on this page.
All photos are credited to their rightful owners.


polska baza stron

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Kategorie: Wszystkie | film | książka | mistrzowie | moda | odkrycia | one photo | portret | vintage
RSS
niedziela, 27 listopada 2011
Tim w Mongolii

Dawno już nie było tu sesji modowej, prawda?

 

fot. Tim Walker

Wprawdzie mam blog I like fashion, który skończył właśnie rok (jak szybko ten czas mija!), ale to jednak nie to samo.
Sesje modowe przeglądam nadal i bywa różnie.
Czasem są niezwykłe, oryginalne, fantastyczne.
Coraz częściej wydają mi się wtórne albo durne.
Nie mam nic przeciwko nagości, ale to co się ostatnio dzieje w fotografii modowej (sic!) jakoś mnie zniechęca.
Efektem tego wszystkiego jest to, że nie pokazuję tu na I like photo tyle mody ile niegdyś.

Ok, to się wytłumaczyłam.
Ale, ale...
Ta sesja mnie zachwyciła.

Nadzwyczajnie barwny plener, Tim Walker, świetne stylizacje Kate Phelan.
Więcej chcę!

 

 

 

 

 

 

fot. Tim Walker

Tak, tak ja wiem, że i Mongolia i Tim Walker robią swoje.
Ale całe mnóstwo fotografów jedzie w super plenery, a na zdjęciach wcale tego nie widać. Po co więc?
Tim Walker - mistrz, i owszem, ale i on miewa mniej ciekawe sesje i zaczyna się powtarzać w tych swoich bajkowo-teatralnych światach.
A tym razem - udało się stworzyć coś naprawdę pięknego. Tak właśnie sobie myślę.

fot. Tim Walker

Sesję w całości można zobaczyć w grudniowej edycji Vogue UK.

I like photo na facebooku - zapraszam.

16:52, piece_of_glass , moda
Link
poniedziałek, 21 listopada 2011
mężczyzna

A, tak sobie pomyślałam, że wrzucę coś miłego dla oka.
A skoro było o portrecie ostatnio - to proszę.
Pan nieco chrystusowy, ale bynajmniej...
Z całej sesji (modowej) ta fota jakoś oko przykuwa i fascynuje.
Ale może tylko mnie?

 

fot. Christoph Koestlin

I like photo na facebooku - zapraszam.

23:16, piece_of_glass , portret
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 listopada 2011
alchemia portretu

Dawno już nie pochłonęła mnie aż tak bardzo lektura książki o fotografii. 

„Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego” to książka o fotografowaniu, o pasji jaką jest fotografowanie, o przyjemności, o zawodzie jaki się uprawia.

To bardzo osobista książka, bo opowiada nie tyle o fotografii jako sztuce i nie tyle o portrecie jako wybranej formie, ile o samym Bolesławie Lutosławskim i jego życiu, jego spotkaniach z ludźmi. I te spotkania z ludźmi zdają się być równie ważne co same zdjęcia.




Autor w każdym z rozdziałów swojej książki omawia temat, który wydaje się być kolejnym elementem koniecznym do tego by powstał Fotograf.
Pisze o sobie, swoich doświadczeniach, przeżyciach, spotkaniach.

Zaczyna od tego, że we wstępie... się nam przedstawia.
Powoli dochodzi do tego skąd w ogóle pomysł by być fotografem, by taki zawód wykonywać. W trakcie lektury widzimy jak zdobyte wykształcenie, lektury, sztuka, spotkania i ludzie ukształtowały twórczą osobowość Bolesława Lutosławskiego.

Właśnie - ludzie.
Autor zaczyna od rzeczy bardzo ważnych dla siebie.
Od poszukiwania Mistrza - tu pojawia się kilka znamienitych, słynnych nazwisk - Avedon, Bourdin, Brandt - i spotkania z nimi.

Ale wydaje się, że nie tyle znalezienie Mistrza jest ważne, ile samo poszukiwanie jest czymś niezwykle wartościowym i rozwijającym.


Równie ważna dla niego jako fotografa jest Przestrzeń, miejsce oswojone, znajome, choć niekoniecznie własne. Może to być znajoma ulica, park. Może być i atelier.

W „Alchemii portretu” możemy zajrzeć za kulisy pojedynczych, wybranych kadrów.
I jeśli by mnie ktoś pytał to powiem, że zdarza się, że opowieść jest dla mnie ciekawsza niż samo zdjęcie. Ale nie zawsze. Czasem kadr jest tak niezwykły, że niepotrzebny mi do niego komentarz.

 

fot. Bolesław Lutosławski

Tak, Lutosławski wspomina też o kompozycji, ale w zupełnie inny sposób niż zwykle się o tym pisze w książkach o fotografii.
Dla niego kompozycja oznacza tyle co stwarzanie, kreowanie świata.

Pisze też o szczegółach technicznych, ale tego jest tu najmniej.
Podpowiada jak pracować z modelem, co zdradza spojrzenie, czy warto fotografować dłonie i jakie znaczenie ma przestrzeń wokół fotografowanej postaci. Wspomina też o tym, że czasem trzeba prowokować, wytrącać swoich bohaterów z równowagi.

A na czym polega owa alchemia portretu?
Gdybym miała wymienić jej składniki to... nie było by alchemii, magii.
Mistrz też nie zdradza nam wszystkich swoich tajemnic, choć aż kusi by dowiedzieć się jeszcze więcej.

 

fot. Bolesław Lutosławski

Ale spróbujmy nazwać choć kilka z tych elementów.
Z pewnością doskonałe opanowanie warsztatu, znajomość sprzętu (choć to tylko narzędzie) - jest to tak oczywiste, że wątek niemal nie jest rozwinięty, choć jeden rozdział został poświęcony aparatom na jakich pracował autor.

Równie ważne jest pewne obycie w kulturze, sztuce -  tak bym to nazwała.
Studiowanie malarstwa i sztuki w ogóle, przeglądanie albumów fotograficznych, obserwacja światła, obserwacja świata. To element równie istotny, ile nie ważniejszy nawet, co znajomość nowinek sprzętowych.


Istotne są też pewne cechy charakteru: wrażliwość, otwartość, ale także pewność siebie, upartość w dążeniu do celu.
Ważne są też marzenia, o których tak pięknie i prosto pisze autor na zakończenie, w ostatnim rozdziale.


Właściwie to zastanawiam się na ile w ogóle jest to książka o fotografii.
Dla mnie jest to piękna opowieść o tworzeniu, o twórczym, (światło) czułym istnieniu w świecie.
O próbach zapisania spotkań, twarzy, chwili.

 

fot. Bolesław Lutosławski

To także pewien zapis obrazu świata XX wieku. Wiele z opisywanych, wspomnianych zdjęć powstawała od lat 70-tych XX wieku, jak sądzę, może wcześniej nawet.
Świadczą o tym portretowani ludzie, wówczas młodzi, u szczytu swoich możliwości i sławy, którzy właśnie wtedy,  w momencie robienia portretu mieli swój czas.
A sporo tu znakomitości.

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki, Wisława Szymborska, Andrzej Wajda, Kantor, ale także Glenda Jackson, John Peel, Robert Kee, Robin Day, Tom Stoppard, George Martin, Simon Callow i wielu innych.
Ale są też portrety przyjaciół, bliskich fotografowi osób.

 

fot. Bolesław Lutosławski

Fotograf w swojej książce mówi o rozmowie, spotkaniu, kontakcie, zaufaniu.
O spojrzeniu, uśmiechu, o gestach i dłoniach, i o pozowaniu.
I pokazuje to poprzez wybrane zdjęcia.

Bolesław Lutosławski jest urodzonym gawędziarzem i jego opowieść wciąga niczym znakomita powieść.
Napisana piękną polszczyzną uwodzi, kreuje atmosferę, ale też nie raz... wpędza w kompleksy. Wymieniane są nazwiska sławnych (mniej lub bardziej) ludzi, a czytelnik czuje się lekko skonsternowany, bo ma wrażenie, że powinien je znać. Lutosławski bowiem opowiada o swoich bohaterach jak o dobrych znajomych, choć z niektórymi spotkał się raz, dwa razy w życiu. Ale na tym właśnie też polega cały urok tej książki - że autor się nie chwali swoimi kontaktami, ale też nie ma kompleksów. A dla zagubionych załącza na końcu mały indeks osób.


Fotograf lubi też szczegół, z radością wspomina nie tylko samego człowieka jakiego miał przyjemność (lub nie) spotkać, ale też gdzie byli, jakie jedzenie podano, jakie wino czy kawę pito. To ubarwia znacznie opowieść, podobnie jak krótkie opisy przyrody czy miasta związanego z daną osobą. Podróżujemy z Lutosławskim po Europie, wpadamy na piwo do londyńskiego pubu, bywamy na eleganckich przyjęciach, spotykamy mnóstwo ludzi... i fotografujemy. Bardzo wciągająca to podróż.


fot. Bolesław Lutosławski


I aż żal ją kończyć, bo wierzę, że autor ma w zanadrzu jeszcze całe krocie takich opowieści. I o swoich zdjęciach niejedno by mógł opowiedzieć.

Mam w tej książce kilka ulubionych zdjęć i kilka zdań, które chcę zapamiętać.
Te pojawiają się zaraz na początku książki:


„Kto wie, może kiedy robiłem te zdjęcia, podświadomie zrozumiałem, że jedynie intymność porozumienia ma znaczenie, że jedynie spotkanie drugiego człowieka warte jest zapamiętania, a nie meble, wśród których to się dzieje...
Być może eteryczność chwili jest bardziej autentyczna niż miejsca, w których żyjemy?

A później czytamy także:

„ (...) fotografując, zawsze odnoszę się do moich modeli z szacunkiem, ponieważ to oni są moją inspiracją i to oni pozwolili, żebym im zrobił zdjęcia. Ich portrety nie są moimi bajkami o nich, wystylizowanymi obrazami, ale autentycznymi wizerunkami kobiet i mężczyzn, których spotkałem na drodze życia. Są moim hołdem dla piękna indywidualności człowieka”.

„Portret jest bowiem wizualnym zanotowaniem chwili, w której osobowość człowieka, naturalnie, z wewnętrznego przekonania, ujawnia swoją pełnię”.

„ (...) kompozycja nie istnieje sama dla siebie. Kompozycja służy temu, by nadać zdjęciu wizualną formę. Kompozycja jest domem, w którym zamieszka moment z życia człowieka, zatrzymany instynktownie w chwili naświetlenia obrazu fotograficznego”.

„Portretowanie człowieka jest równoznaczne z odkryciem i zanotowaniem jego prawdziwej osobowości. Czy to w ogóle możliwe? Nie wiem”.

I można by jeszcze więcej cytować, ale wtedy nie sięgnęlibyście po tę książkę.
A warto.
Zapewniam, że „Alchemia portretu” jest wyjątkowym spotkaniem z zupełnie nietuzinkową postacią obdarzoną darem nie tylko dobrego oka, ale i czułego serca, która w pasjonujący sposób opowiada o swojej życiowej przygodzie z fotografią i portretem.
Nie przegapcie tego!

Alchemia portretu. Warsztaty Bolesława Lutosławskiego.
Wyd. Helion

Dziękuję Wydawnictwu Helion za książkę i możliwość jej zrecenzowania.


I like photo na facebooku - zapraszam.

13:51, piece_of_glass , książka
Link
niedziela, 13 listopada 2011
wszystkie odcienie błękitu

'Beyond here'.
Poza tym co tutaj.

Taki tytuł nosi cykl zdjęć Jeffa Friesena.
Zdjęć absolutnie poetyckich, malarskich, pięknych.

Różnorodność odcieni błękitu, światła, cienia, chmur, linii, emocji.

Tylko niebo i ocean.
Nieskończone przestrzenie.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot. Jeff Friesen

Więcej zdjęć można obejrzeć tutaj.

I like photo na facebooku - zapraszam.

13:41, piece_of_glass , odkrycia
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 listopada 2011
prom

Jakie to uczucie gdy wpływa się do Nowego Jorku?
Co myśleli, którzy tu nie przylecieli ani nie przybyli drogą lądową, ale przypłynęli?
Jakie marzenia skrywali?
Na co liczyli?

A dziś?
O czym myśli ten starszy pan gdy patrzy na nowojorski pejzaż?

 

fot. tonymott.com.au

Właściwie tylko to zdjęcie chciałam Wam pokazać.
Bo jest w nim coś co mnie poruszyło.
Ok, nawet wzruszyło.
To może dziwne, ale ja nie widzę tu starszego człowieka, ale małego chłopca.
Siedzi, patrzy, chłonie obrazy i marzy.
A może wcale o niczym nie myśli, tylko cieszy się wycieczką promową na Staten Island.
Też bym chciała.

I like photo na facebooku - zapraszam.

21:55, piece_of_glass , odkrycia
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2